Królicza nora – czyli o małżeństwie widzianym oczami panien na wydaniu opowiada szczęśliwa żona.

Dzisiaj miałam napisać o czymś innym, ale… Z boku znów dotarła do mnie informacja, o powrocie dziewicy do paszczy lwa…  Co ja myślę, o odbudowaniu zaufania setny raz???
Kiedy toczy się dyskusja na temat przyczyn rozwodów, najczęściej wymienia
się w Polsce takie jak: zdrada, nadużwanie alkoholu przez partnera, nieporozumienia
finansowe, trudności mieszkaniowe czy niezgodność charakterów.
Ja zaobserwowałam inny powód: zjawisko króliczej nory.

Wiele (zbyt wiele) współcześnie poszukujących męża kobiet, dziewczyn czy dziewczynek, głęboko
wierzy, że małżeństwo stanowi jakiś mistyczny etap przejścia, po którym wszystko się
zmienia. Na lepsze. Wiara, że sakramentalne tak, jest przejściem przez króliczą norę,
na końcu której znajduje się wspaniały świat krainy czarów jest niestety żywa.


Kobieta uparcie poszukująca męża, upatruje w tym niejednokrotnie nadrzędny
cel swojej egzystencji. Wiele kobiet przyznaje, że zawarcie małżeństwa jest
najistotniejszą rzeczą jaką musi zrobić w życiu. Czy to jest powodem doboru
nieodpowiedniego partnera? Pewnie nie w każym przypadku.
Kobieta ślepą istotą oczywiście nie jest. Cechy charakteru drugiej osoby są bowiem
widoczne i rzadko daje się je ukryć na dłużej. Oczywiście istnieje dosyć silne
przedstawicielstwo samców, którzy są doskonałymi aktorami, posługującymi się
zasłoną dymną dla swoich wad. Najczęściej dostrzega jednak samica wady
potencjalnego kandydata. Mogłoby się wydawać, że to wystarczy by uchronić się
przed niewłaściwym wyborem. Nic bardziej mylnego. Kobieta jest istotą obdarzoną
niezwykłą wiarą. Wiara ta jest często mocno przesadzona.
Z każego kąta docierają do mnie informacje na temat kolejnej męczennicy,
która postanowiła dać szansę mężczyźnie, który w czasie trwania ich związku zdążył
już parokrotnie sprawić, że nawet w pochmurny dzień delikwentka zmuszona była
posłużyć się ciemnymi okularami. On jej obiecuje poprawę. Ona wierzy. Wierzy, że
on się zmieni po śubie. BA! Bo wtedy będą małżeństwem.
Daleka jestem od stwierdzenia, że nikt nie może się zmienić i każego trzeba z
góry skazać na niepowodzenie. Człowiek z natury jest istotą zmienną i tak jak na gorsze, może też zmienić się na lepsze. Ale małżeństwo nie jest absolutnie gwarancją takiej zmiany.

 

Kobieta pragnąca dać szansę partnerowi, który obiecuje poprawę i
decydując się na ślub, powinna przynajmniej zadbać o swoją pozycję w związku.
Ograniczając swoją rolę do utrzymanki, będącej na łasce męża, zmniejsza swoje
szanse nie tylko na szczęśliwe i zgodne życie we dwoje, ale też nie gwarantuje sobie
żadnego zaplecza, którym będzie się mogła posłużyć w razie ewentualnej klęski
związku. Zawierając małżeństwo kobieta powinna mieć świadomość swojej wartości
i być pewną równej pozycji w stosunku do partnera. Rezygnacja z przyjaźni, pasji,
zainteresowań czy samodoskonalenia na rzecz całkowitego oddania mężowi, nie
prowadzi do umocnienia więzi między partnerami i nie pomoże w ewentualnym
procesie zmiany męża na lepsze. Wręcz przeciwnie. Takie zupełne poświęcenie może
doprowadzić do utwierdzenia ślubnego w jego postępowaniu. Wtedy też nie będzie on
czuł potrzeby zmieniania swojego zachowania.
Samo małżeństwo niczego nie gwarantuje. Dla szczęśliwego życia we dwoje
potrzebna jest wspólna, codzienna praca nad związkiem ze strony obojga partnerów.

 

 

13 komentarzy

  1. Grubaska w małym mieście · 03/03/2014 Odpowiedz

    Chciałabym to jakoś skomentować, ale zabrakło mi słów. Co racja to racja (powiedziała osoba, która nie jest w żadnym związku). Ale! Najgorzej zatracić siebie, swoje pasje, swoje ideały. Mężczyzna mężczyzną, miłość miłością, ale czy dla niej warto poświęcać siebie? Bo chyba da się aby wszystko ze sobą współgrało, prawda? Tylko potrzeba chęci obu stron, potrzeba wsparcia i zrozumienia. A jak się komuś nie podoba – uciekać. Bo po, co tkwić w czymś, co nie ma sensu? Po co męczyć się z kimś kto nie rozumie naszych potrzeb. Też obserwuję różne pary, które borykają się z różnymi problemami – mniejszymi i większymi. Dziwnie postępują ludzie, którzy boją się samotności. Może czasem lepiej być samotnym, niż tkwić w jakieś kupie. Byc sobą – do końca, bez strachu. Dziwny ten świat, dziwne uczucia, dziwni my.

    • motina · 14/03/2014 Odpowiedz

      Dziwny świat :) Nigdy, dla nikogo nie warto poświęcać siebie. Każdy człowiek zasługuje przede wszystkim na to, by być sobą:) Jeśli ta druga osoba tego nie rozumie, to nie jest warta naszej miłości. Czasem lepiej wybrać samotność, niż życie w ciągłej cenzurze.

  2. ~kobieta-nie-typowa · 14/03/2014 Odpowiedz

    Niestety masz rację. Małżeństwo, jeśli zmienia coś w związku, to na gorsze. Tylko oczu takiej delikwentce nie otworzysz. Nie jesteś w stanie. każda naiwnie wierzy w swoją moc. Nawet jak widzi przed ślubem, że nic nie jest ok. to prze za wszelką cenę do tego ślubu… Ci co patrzą z boku widzą lepiej, ale oni dla takiej delikwentki nie są wyrocznią. Czasem chęć posiadania męża, jest silniejsza niż potrzeba szczęścia.

    • motina · 14/03/2014 Odpowiedz

      Dokładnie. Powinno być inaczej. Potrzeba małżeństwa, powinna wynikać z potrzeby szczęścia. Wspólnego szczęścia. :) Wyszłam za mąż w wieku 19 lat, bez wpadki, bez konieczności, bez przymusu. Na przekór wszystkiemu, bo chciałam BYĆ SZCZĘŚLIWA. Czułam, że to jest TO. Niczego to w moim „prywatnym” życiu nie zmieniło. Poszłam na studia, miałam tych samych przyjaciół :) Warto czekać na odpowiednią osobę. Ja swoją znalazłam szybko, ale nie warto się spieszyć. Jesteśmy razem już 7 lat, ale czuję się ciągle sobą! Nie pozwolę, żeby to się kiedyś zmieniło!

  3. ~eMka · 14/03/2014 Odpowiedz

    Jest takie złośliwe powiedzenie: kobiety wychodzą za mąż, bo myślą, że mężczyzna zmieni się po ślubie, męzczyźni żenią się, bo myślą, że kobieta po ślubie się nie zmieni ;)
    Pozdrawiam

    • motina · 14/03/2014 Odpowiedz

      :) Oby kobiety się nie zmieniały, pozostawały sobą i wybierały właściwych mężczyzn :) :)

  4. ~ssHaDee · 14/03/2014 Odpowiedz

    również spotkałam się z opinią wśród niezamężnych kobiet, że z dniem ślubu wszystko zmienia się na lepsze, jeszcze lepsze niż jest dotychczas. nie chcę wtedy brzmieć jak zgorzkniała, rozczarowana małżeństwem poczwara, bo tak właśnie postrzegałam inne mężatki przed swoim ślubem. małżeństwo to nieustająca praca, ciągłe kompromisy, 3 pierwsze lata, może nawet 4, wspominam tragicznie, ciągłe spięcia, docieranie się, teraz nie jest źle.
    większość par woli też zrezygnować niż walczyć, to naprawdę smutne, zwłaszcza jeśli są to małżeństwa posiadające dzieci.

    • motina · 14/03/2014 Odpowiedz

      Dziś łatwo jest odejść. Trudniej dobrze wybrać przed ślubem. Jeśli nie tracimy przy tym siebie i działamy w zgodzie ze swoimi uczuciami to warto walczyć. Jednak tylko wtedy, gdy druga osoba czuje to samo i walczy tak samo mocno. Pamiętam taki okres w moim małżeństwie. CODZIENNA kłótnia. O wszystko i o nic. Ale jedna rzecz niezmienna: nigdy nie zasnęliśmy bez porozumienia. Zawsze dzień kończyliśmy pogodzeni. Nawet jeśli dyskutowaliśmy do 3- 4 w nocy :) To, ze następnego dnia znów coś wypłynęło, to druga historia :) Dobrze, że to dawno minęło :) Ale! Może kiedyś wróci?? Trzeba być gotowym na wszystko :D Ważne to rozmawiać ze sobą i wiedzieć, czego oczekuje ta druga strona, poznać jej punkt widzenia. Każdą burzę można przetrwać :)

  5. ~kobieta · 14/03/2014 Odpowiedz

    Witam.A czy nie jest tak,że kobieta zamężna,jest lepiej odbierana ,tzn chodzi mi oto że status mężatki jest lepiej spolecznie postrzegany,od statusu st panny- mimo że to są czasy wspólczesne.Przecież nie da się chyba zaprzeczyc temu,że większość kpin i żartów jest wlaśnie ze starych panien-zwanych w ramach poprawności politycznej singielkami,żartów i kpin o wydżwięku pejoratywnym. Jak uważacie,czy nie mam racji chociaż troszkę.Pozdrawiam.

    • motina · 14/03/2014 Odpowiedz

      Troszkę racji w tym oczywiście jest :) Myślę, że to zależy od środowiska oraz od podejścia singielki :) Może sprawdza się tu przysłowie: „Jak nas widzą, tak nas piszą”? Jeśli dziewczyna czuje się „gorsza” z tego względu, że jest sama, narzeka i desperacko szuka męża, to i inni będą utwierdzać się w przekonaniu, ze jest biedną, „starą panną”. Dziewczyna zaniedbana, pochłonięta nudną pracą, bez życia towarzyskiego, z miną zbitego psa unikająca tematu mężczyzn, nie będzie postrzegana jako szczęśliwa PANI SWEGO LOSU :) Myślę, że podobnie jest z mężatkami: są szczęśliwe partnerki, poddane służebnice, wieczne awanturnice itp…. Kobiety zamężne też są różnie odbierane. Broń Boże, żeby kobieta wyszła za bogatszego mężczyznę, a już słychać głosy „że go złapała”, „że go omotała” i postrzegana jest jak łowczyni kont bankowych. Przykłady innych sytuacji można mnożyć…

  6. ~EDYTA · 14/03/2014 Odpowiedz

    Jeśli przed ślubem nie jest dobrze to po ślubie tym bardziej… a wyobrażenie ze coś się po tym wydarzeniu zmieni jest mylnym pojęciem… Choć zdarzają się różne przypadki.

    http://www.alestrona.net/384/przed_slubem_i_po_slubie.html

  7. ~kobieta · 14/03/2014 Odpowiedz

    Masz pewnie rację,że zależy to do środowiska.Ale kpiny ze st panien mają msc-e i wśrod osób wyksztalconych.Masz rację i co do tego że jest też gradacja i wśród kobiet zamężnych- różny stan zasobów finansowych i pozycji spolecznej męża.Może się mylę, ale odnoszę wrażenie,że jednak mimo wszystko st panny są postrzegane jako te gorsze,jako takie których nikt nie chcial.

  8. ~Alba · 14/03/2014 Odpowiedz

    Owszem – „ON się zmieni DLA MNIE PO ŚLUBIE!” to jeden z najgłupszych mitów i najgorszych pułapek, w jakie – na własne życzenie – wpadają współczesne kobiety, które przecież, podobno, głupie nie są. Po pierwsze, jak mówił pewien doradca rodzinny, kiedy mężczyzna się żeni, to ma nadzieję, że ONA się nigdy nie zmieni – a ona się jednak zmienia. Natomiast kiedy kobieta wychodzi za mąż, to zwykle wierzy, że on się zmieni (jasne, jasne, w wieczór kawalerski obsłużyła go cała agencja panienek i wypił 5 litrów wódki ale OD JUTRA to już będzie wzór wierności i abstynent…;)) – a on się jednak nie zmienia. Widać tu, po drugie, magiczno-baśniowe podejście do samego ślubu, który nie dość, że miałby mieć moc przemieniania ludzi na lepsze, to jeszcze jest nie tyle PUNKTEM WYJŚCIA (jak powinno być) do długiego, wspólnego życia i OBOPÓLNEJ PRACY NAD SOBĄ (nie tylko „on” się powinien zmieniać dla mnie, ale i JA dla niego) – co PUNKTEM DOJŚCIA – „najpiękniejszy dzień życia, najważniejszy dzień życia” etc. „I żyli długo i szczęśliwie.” Koniec, kropka, finał. Pobrali się i NIC ich już w życiu nie spotka. Co najwyżej rozwód i kolejny „najpiękniejszy dzień życia” sztuczny jak landrynka. Brrr. Tymczasem prawda jest taka, że i my się będziemy zmieniać, i nasz związek będzie się zmieniał. Sztuką jest kochać się pomimo tych zmian. (Czasem radzę panienkom zakochanym bez pamięci taki test: „Zastanów się, czy ten Twój ach-ach-ach będzie Cię kochał za 10,15, 25 lat? Nawet, gdy będziesz stara, utyjesz albo ulegniesz wypadkowi? A Ty, czy będziesz go kochała łysego i z brzuszkiem?” Ja mam ten luksus że jestem niepełnosprawna i JUŻ to wiem: kocha mnie mimo to.:)). Pewna Hinduska mawiała: „Wy, na Zachodzie, stawiacie rozgrzany do czerwoności garnek (emocje, namiętności, oczekiwania) na zimnej płycie, jaką jest małżeństwo. I on sobie na niej powoli stygnie. My, na Wschodzie, stawiamy zimny garnek (brak tych emocji) na gorącej płycie małżeństwa – i czasem on się od niej powoli rozgrzewa…” Nie na darmo nasze babcie mówiły, że czasem miłość przychodzi po ślubie – teraz miłość po ślubie najczęściej odchodzi – bo jak się zaczyna z wysokiego „c” to już potem można tylko spuszczać z tonu… A moja Babcia (35 lat szczęśliwego małżeństwa z dziadkiem) dodawała jeszcze, że jeśli coś Cię u niego irytuje PRZED ŚLUBEM to na pewno po ślubie będzie irytować jeszcze bardziej. Wszyscy mamy jakieś wady, dlatego pytanie kluczowe dla małżeństwa brzmi: „Jakie ma on(a) i czy JA jestem w stanie z tym żyć?” Pewien duszpasterz przestrzegał: „Nie żeń się (nie wychodź za mąż) jeśli nie umiesz wymienić pięciu jej (jego) wad.” Dlatego przed ślubem trzeba mieć oczy bardzo szeroko otwarte – dopiero po ślubie można lekko je przymknąć. (Niestety, wielu współczesnych ludzi robi dokładnie odwrotnie: znałam nawet zawodniczkę, do której nawet matka tego chłopaka chodziła prosić i błagać, by za niego nie wychodziła, bo to kawał drania. Co tam! Niech żyje mit! „Dla innych może i drań, DLA MNIE będzie anioł!” I do kogo ta panienka miała mieć potem pretensje?Wmeldowała się do piekła na własne wyraźne życzenie…) A moja Babcia pomyliła się tylko raz – narzeczony mojej kuzynki bywał wobec niej agresywny, więc bardzo się martwiła, co będzie potem (wiadomo, że przed ślubem ludzie starają się na ogół pokazać z tej LEPSZEJ strony). A jednak od 20 lat są szczęśliwym małżeństwem. To dowodzi, że ludzie jednak czasem mogą się zmienić. Jest tylko jeden warunek: SAMI muszą tego chcieć. Bardzo. Żadne tam: „Dla mnie, bo on mnie tak strasznieee kocha!” – raczej nie zadziała.
    Pewien mędrzec powiedział: „Nie wolno Ci nie doceniać swoich możliwości zmiany samego siebie, ale nigdy nie przeceniaj swoich możliwości zmieniania innych.” Ot, co.

Odpowiedz na „~AlbaAnuluj komentarz